niedziela, 16 sierpnia 2009
Biedronki
Śniły mi się biedronki, miliony, miliardy biedronek, które mnożą się w postępie geometrycznym. Łaziły dookoła po moim mieszkaniu, były wszędzie, jak piach na pustyni. Ja siedziałem na kanapie i zastanawiałem się co mam zrobić, a mój pies biega dookoła, tarza się w nich jak w maku, bo tak w tym momencie one wyglądały.
Spojrzałem za kanapę. Tam z przewodów elektrycznych, które zostały przerwane, kabel wypad z wtyczki wciśniętej w gniazdko, ciurkała woda. Nie była to dużo wody tym niemniej dźwięk jaki to wywoływało było to niezwykle irytujące. Cały ten obraz snu się jakby zapętlał. Nie wiele myśląc, choć nie było to zbyt mądre, wsadziłem kabel we wtyczkę, woda przestała lecieć. Ciekawe co stało się z tymi biedronkami. Ja niestety nie wiem bo się obudziłem…
Jeśli ktoś wie co oznacza śnić o biedronkach, maku i wodzie to niech mi napisze w komentarzu.
niedziela, 04 maja 2008
Koszmarny sen
Miałem niesamowity sen. Śniło mi się, że szedłem jakąś szeroką jezdnią w środku jakiegoś ciemnego lasu. Dookoła otaczała mnie jakaś dziwna mgła, jak dym papierosowy w zadymionym klubie. Dotarłem do domku, który stał nad strumieniem, nie wiem z skąd ale wiedziałem, że to jest mój dom na to lato, w którym mieszkam. Wszedłem do niego, zamknąłem wszystkie okna i drzwi. Zapaliłem świece i zacząłem robić sobie kanapki. Wyjąłem bochen chleba z szafki pod stołem i masło z turystycznej lodówki. Wziąłem nóż i zacząłem odkrawać pajdy chleba, a następnie począłem je obficie smarować masłem. Gdy tak krzątałem się po domku nagle zauważyłem w drzwiach wejściowych niewielką dziurę. W zasadzie to najpierw poczułem chłód, wiatr ciągnący mi po nogach. Dziura w drzwiach miała jakieś dwadzieścia centymetrów średnicy. Dziwne ale nie zaspokoiło mnie to. Dalej zajmowałem się swoimi sprawami. Przeraziłem się dopiero gdy coś chwyciło mnie za nogę. Spojrzałem w dół i zobaczyłem szarą dłoń, która ściskała mnie za kostkę. Zobaczyłem szarą oślizgłą postać, która przeciskała się przez otwór w drzwiach wyłamując i nastawiając sobie potem wszystkie przeguby. Próbowałem się wyrwać, siedziałem już na podłodze próbując wyszarpać nogę z ręki bestii. Ona odpowiadała tylko mocniejszym uściskiem, prawie miażdżyła mi chrząstkę w kostce, i intensywnym charczeniem. Próbowałem się złapać czegokolwiek by poczwara nie mogła mnie do siebie przyciągnąć, chciałem coś złapać by jej przywalić, jednak nie znajdowałem wokoło siebie nic co by się nadawało do tego. W końcu wbiłem swoje pazury w podłogę, skąd mi się wzięły u rąk pazury wilka tego sam nie wiem. Przeciągnąłem nimi całą drogę od stołu do drzwi wejściowych, tak jak mnie ciągnął stwór, zostawiając piękne rysy w dębowej posadce. Przemknęła mi przez głowę myśl, że ciekawe kto przykłada taką wagę do podłogi w domku w środku lasu. Zaparłem się przy wejściu łapiąc za framugę drzwi wejściowych. Potwór bezmyślnie szarpał nadal. Słyszałem jak pękają mi kości. Bolało więc zacząłem się drzeć w niebogłosy i... w tym momencie się zbudziłem.
środa, 30 kwietnia 2008
Biały cmentarz
Wielki cmentarz. Gdzie? Nie mam pojęcia. Patrzę na to gdzieś z góry. Wszystko tonie w bieli światła odbijającego się od białych, czystych pomników. Na ustawionych krzesełkach siedzi cała moja rodzina. Moja siostra poucza jakiś dwóch chłopaków, że z tej okazji nie powinni zakładać klasycznych tureckich swetrów. Mój ojciec natomiast pociesza kogoś by nie płakał, że wszystko będzie dobrze, zobaczy… Wtem zdaje sobie sprawę, że jest to mój własny pogrzeb. Nie wiem czemu moją trumnę niesie sześciu żołnierzy marynarki wojennej, swoją drogą niesamowicie przystojnych. Moja matka nie płaczę, kłóci się z moją koleżanką z pracy o coś. Machają rękami, nie wiadomo o co im chodzi. Następnie, jak już włożyli całe te moje zwłoki do rowu, do wykopu wskakuje mój szef i saperką, którą ściska w dłoniach, wali z całych sił w wieko mojej trumny. Wieko idzie w drzazgi razem z moją czaszką z której teraz wypływa zielonkawo-biaława-czerwona mazia, a ja, o dziwo, czuje niesamowitą ulgę. Jakby mi ktoś największy problem ludzkości zdjął z czaszki.
poniedziałek, 24 marca 2008
Bezsen
Ostatnio jestem znów strasznie zabiegany, a co za tym idzie strasznie zmęczony, więc jeśli mi się nawet coś śni to pamiętam jedynie barwne strzępki tych snów. Pamiętam więc jak aniołowie grają w kręgle moją czaszką, swoją drogą ciekawe skąd wiem, że to moja czaszka? Pamiętam również jak śnili mi się znajomi z przed lat, których już od lat nie widziałem, a z którymi w tym śnie zakładałem jakąś tajną organizacje, nie wiem czy to była szajka, grupa terrorystyczna, czy jakaś bardziej chlubna, walcząca w imię wyższych celów, organizacja, ważne że miała dać odpór. Pamiętam też wydłubywanie mi oka z czaszki przy pomocy mocno zardzewiałego widelca i ulgę która towarzyszyła mi potem przy obudzeniu. Tak więc jak widzicie nie mam się ostatnio za bardzo czym w tym moim senniku pochwalić. Przykre, bo lubię moje czasem naprawdę niesamowite sny, ale prawdziwe niestety. Więc dziękuje wszystkim odwiedzającym i pozdrawiam, oraz życzę pięknych snów :-).
niedziela, 24 lutego 2008
Bank wali się na wschodzie
W sobotnim śnie, tak jak w rzeczywistości, byłem pracownikiem banku. Był zwykły pracowity dzień. Roboty było tyle, że trudno mi się było wyrobić z czym kole wiek. Spojrzałem na zegarek na telefonie, było po trzynastej, no tak, oznacza to że dzisiaj kolejny raz nie będę miał czasu na jedzenie. Tym bardziej, że do czekających na realizacje maili, czyli spraw w nich zawartych, z niesamowitą prędkością dołączają następne, w tempie na jeden zrealizowany przychodzi pięć czy sześć nowych. Nagle przychodzi e-mail od szefa. Pomyślałem – no ładnie jeszcze tego mi brakowało, szef wzywa mnie do siebie, pewnie jak zwykle będzie przez jakąś godzinę lub półtorej będzie ze mną dyskutować na jakieś tematy przyszłościowe, ale w polewie maksymalnej ogólności, w sumie nic z tego nie wynika, nic po tym nie będzie, nie popchnie niczego do przodu, ani nie rozwiąże żadnego problemu, ale za to zabierze mi cenny czas, w czasie którego mógłbym nadgonić trochę z robotą. Wszedłem do gabinetu szefa, od razu ręką poprosił mnie bym usiadł, a następnie przedstawił mi problem dość zaskakujący. Mój szef postanowił wysłać mnie do jakiegoś kraju w dalekiej Azji, chyba to była Tajlandia czy Kambodża. Miałem tam negocjować jakąś umowę o współpracy czy coś takiego. Negocjacje trwały, przyjmowany byłem na dworze jakiegoś cesarza, którego szaty ociekały wręcz złotem i kaszmirem. Jednak gdy miało już dojść do podpisania wynegocjowanego dokumentu jeden z przybocznych cesarza, ubranych jak ninja z wielkim, zakrzywionym mieczem upiętym u pasa, wyskoczył w moim kierunku, obrócił się dookoła na pięcie i wbił mi w brzuch owy długi miecz. Jeszcze nie mogłem uwierzyć w to co się stało, spoglądałem to na wbity w mój brzuch miecz, to na wojownika trzymającego ten miecz za rękojeść. Przyboczny nagle wyciągnął miecz, krew trysnęła, wszystko zakołysało mi się przed oczami… Okazuje się że nie tylko mi się wszystko zakołysało, nie wiem czy spowodowało to jakiejś trzęsienie ziemi, czy błąd budowlany, ale nagle mury zamku zaczęły się rozpadać. Wśród walących się ścian i uciekając przed rozpadlinami w podłodze, oraz przed spadającymi głazami z sufitu próbowałem uciec… czy udało mi się uciec? Tego nie wiem, ponieważ obudziłem się. Co prawda z bolącym brzuchem, ale to tylko grypa żołądkowa lub jakieś zatrucie, a nie miecz, choć strasznie kłuje i jest mi niedobrze to jakoś to wytrzymam.
niedziela, 13 stycznia 2008
Krwawy koncert
Jest straszna mgła, gęsta jak papierosowy dym w knajpie podczas wieczornego szczytu. Idę sam nie wiem dokąd. Mam wrażenie, że ktoś idzie za mną, przyspieszam więc powoli kroku. Śmieszne ale pierwsze o czym pomyślałem to to, że się nie ogoliłem i że jak mnie zaciuka ten co idzie za mną to, jak lub jeśli mnie poskładają, będę źle wyglądał. Mam wrażenie, że robi się coraz zimniej, ale to chyba przez te wilgoć. Pod stopami mymi leje się… o matko to krew! Jakaś dziwna. Nazbyt bordowa, za ciemna by płynąć swobodnie. Co to ma być do cholery? Idę szybko, już prawie biegnę. Dopadam do jakiejś przyczepy, otwieram bez pukania… - no w końcu jesteś – mówi do mnie wysoki, nieogolony ze trzy, cztery dni brunet, wstając na mój widok. Przytula się do mnie i poklepuje familiarnie po plecach. Kim on u licha jest? Po pewnym czasie dowiaduje się, że jeżdżę, ponoć od trzech tygodni, z jakąś kapelą hard rockową. Jesteśmy w trasie po wydaniu ostatniej naszej płyty pot tytułem „Zupa z mrówek i pająków 666”. Okazuje się że jestem wokalistą, już współczuje słuchaczom, śpiewam jakąś piosenkę o tym, że moja siostra wraz z moją połowicą wykastrowała mnie o świcie dnia ósmego po stworzeniu mego świata… Wchodzę na scenę. Tłum szaleje. Podchodzę do mikrofonu, sam nie wiem jak bo nogi mam jak z waty. Otwieram usta i z zaschniętego gardła nie mogę wydobyć najmniejszego dźwięku. Pocę się strasznie, czuję się zaiste fatalnie. Nie wiem co mam robić. Uciekać? Zostać? Improwizować? Na szczęście obudziłem się.
niedziela, 30 grudnia 2007
Jad węża
Był wąż, nie mam pojęcia z kąd się wziął. Wtem zaatakował. Zauważyłem długie, białe kły jadowe. Trafił na moje oko, wydłubał je, ale nie urwał do końca. Moje lewe oko dyndało sobie na grubym nerwie wzrokowym. Potem zacząłem jeździć ze znajomymi po trójmieście tramwajami. Było to jakieś trójmiasto przyszłości, bo jeździliśmy po jakiś wspaniałych, nowoczesnych estakadach. Jeździliśmy tak długo, nie mogliśmy znaleźć właściwej drogi. Co wsiedliśmy do tramwaju to potem wysiadaliśmy z niego w jakimś nowym nie znanym nam miejscu. Cóż jeżeli ktoś nas przeniósł do przyszłości to co się dziwić, że nie możemy się w nim odnaleźć. Niestety żadnej surowicy nie znaleźliśmy, nie znaleźliśmy również żadnego lekarza. Po tym wszystkim najzwyczajniej na świecie się obudziłem.
środa, 26 grudnia 2007
Mistyka, wędrówka i zamek
Dzisiaj miałem sen jakiś taki poszarpany. Na początku szedłem przez jakieś mroczne komnaty starego zamczyska. Próbowałem się z tego zamku wydostać, macałem chłodne kamienie, bo odkryłem przed chwilą, że co po niektóre są luźniej zamocowane i uruchamiają zapadki, których mechanizmy odsłaniają przejścia tajemne. Miałem nadzieje, że któreś z przejść doprowadzi mnie do wyjścia z zamku i uda mi się uciec. Niestety na jednym z zakrętów wpadłem na oddział straży. Trzech w pełni opancerzonych w zbroje rycerzy, hałasowali tym żelastwem strasznie, i choć biegłem szybko to jednak ci mężni wysportowani faceci dopadli mnie dość szybko. Długo mi się przyglądali, zadawali pytania w nieznanym mi języku. Jeden z nich, wysoki, mocno przypakowany brunet się lubieżnie uśmiechał. W końcu zdecydowali i za karę trafiłem do kuchni. Zostałem zmuszony ugotować zupę botwinkową… Naglę wszystko się rozmyło i znalazłem się w zupełnie innej rzeczywistości. Wędrowałem przez piaszczystą pustynie, przechodziłem przez zielone łąki i przechodziłem przez rzekę szukając odpowiednich do tego brodów. O dziwo, wędrowałem z tym przystojnym brunetem, który teraz był rozchełstany od pasa w górę, a właściwie jedynie swoje szerokie, spalone słońcem plecy miał okryte białym płutnem, pozostawiając nieosłoniętą, porośniętą czarnym włosem pierś. Widać było jak każdy jego miesień pracuje. Szliśmy długo, w sumie nie wiadomo dokąd. Niestety nie dane mi było dowiedzieć się dokąd zmierzamy gdyż w moim śnie nastąpiła kolejna zmiana… W pałacyku-hotelu w Sopocie razem z moją koleżanką z pracy M. rozwiązywałem paranormalne zagadki kryminalne. Ludzie ginęli w dziwnych okolicznościach. Na szczęście udało nam się rozwikłać tę zagadkę. Okazało się mianowicie, że to właściciel tego hotelu rozrywał swoich gości by przez wytworzenie mistycznej otoczki tego miejsca nagonić sobie kolejnych i sporo zarobić.
sobota, 01 grudnia 2007
Egipt i Czarodziejka
Śniło mi się dzisiaj, że wybrałem się z kumplem do opery. Nie wiem jaki był jej tytuł, ale była bardzo mroczna. Akcja toczyła się chyba w mrokach starożytnego Egiptu. W mrokach, bo cała historia rozgrywała się w podziemiach świątyni. Jakaś monstrualnych rozmiarów postać okryta szarym płaszczem pokrytym czarnymi hieroglifami sunęła przez scenę okalana przez kłęby gryzącego domu. Na drugim końcu estrady ginęła z miłości, pięknie o tym śpiewając, wysokiej klasy śpiewaczka. Jednak mój kolega umierał z nudów. Wyszliśmy więc po cichutku. Pojechaliśmy do domu. Długo nie mogłem zasnąć. Czułem że nadciąga zło, nie potrafię tego wytłumaczyć ale czułem że coś jest nie tak. Po zgaszeniu światła w rogu pokoju pojawiła się szara postać ze spektaklu. Wyciągnęła w moim kierunku swoją kościstą dłoń, właściwie była to chyba ręka kościotrupa. Wystraszyłem się nie na żarty. Zacząłem się tłumaczyć, że to nie ja, że to kolega. Jednak postać w milczeniu zbliżyła się do mnie i wyrzekła – „twe serce gorące, patrz na świat przez serce, nie tylko rozumem ogarniaj to co się na nim dzieje, inaczej uboższy będziesz, a twe serce w sopel lodu się zmieni. Na razie pali się w nim prawdziwy ogień…” i znikł odsuwając się od mego łoża. Sam do końca nie wiem co to było. Potem po raz kolejny w moich snach wylądowałem na brzegu ogromnego jeziora, wszędzie dookoła czarna noc, słyszę jak wiatr w lesie szumi. Wody jeziora są czarne jak smoła, a na jego środku stoi wysoka kobieta o długich czarnych włosach. Wtem odwróciła się do mnie i znów ujrzałem jej sinobiałe lica i niesamowicie czarne oczy. Uśmiechnęła się swoimi mięsistymi wargami umalowanymi czarną szminką, odwróciła się i powiedziała z westchnieniem – „Ach to znowu Ty”. Uniosła swą długą laskę, którą trzymała w prawej dłoni. Laska była wyższa od niej, zakończona była na dole smoczym ogonem, a na górze wielkim okiem, jakby klucza, ułożonym w kształt serca, z pięknymi czarnymi wyrzeźbionymi na niej liśćmi, cała laska była wszak biała, jednakże poza kulą, która spoczywała w oku na górze laski, a była ona w kolorze różowym. Uderzyła swą laską w podłoże, nie wiem jakie, wszak stała ona na środku jeziora. W tym momencie, jakby mnie ciągnęła jakaś niesamowita siła, podjechałem do niej ponad powierzchnią tafli wody. Podczas tego lotu zaczęły przez moje ciało przelatywać złote smugi, które zmieniały to i owo. Stanąłem przed nią jako wysoki, chyba z dwa metry, mężczyzna o długich siwych włosach, ubrany całkiem na biało, z długą peleryną, sięgającą prawie do ziemi. Spojrzała mi głęboko w oczy i powiedziała – „Już niedługo nadejdzie nasz czas”. Rozpłynęła się jak mgła. Po jakieś połowie minuty ja nagle spadłem w odmęty wody, ale wcale się nie topiłem, było to dla mnie naturalne, nie czułem tej wody, a mój ubiór poruszał się jak na wietrze, brnąłem więc dalej… W końcu się obudziłem z przeświadczeniem, że znowu miałem dziwny sen.
niedziela, 25 listopada 2007
Labirynt
Dzisiaj miałem dziwny sen. Śniło mi się, że musze dotrzeć do notariusza, sam nie wiem po co. Notariusz urzędował po drugiej stronie rzeki, aby się tam dostać trzeba było przejść przez przejście podziemne. Była to jedyna droga, oczywiście można by pewnie pojechać jakimś autobusem czy taksówką, ale ja oczywiście nie miałem tyle kasy, a od autobusowego przystanku byłoby mi znacznie dalej. Niestety podziemne przejście było swego rodzaju podziemnym labiryntem. Wejście do niego było na jakimś wielkim, starym placu z kostką brukową, z tak zwanych kocich łbów i wielkim pomnikiem na środku z jakiś facetem, rycerzem na rączym koniu. W labiryncie tym ukryte były publiczne toalety, różne galerie i niewielkie kawiarnie, pasaż handlowy, i bóg wie co jeszcze, wręcz jakieś alternatywne miasteczko. Takie podskórne życie miasta. Ponoć było tu również miejsce gdzie można było spotkać dziwki. Oczywiście szybko zabłądziłem. Nie wiedziałem gdzie jestem, gdzie jest droga do wyjścia, a gdzie był ten początek, gdzie ja w ogóle jestem. Pomyślałem by kogoś zapytać o drogę ale w miejscu w którym byłem same mordy zakazane, że aż strach patrzeć, by zaraz nie dostać lśniącym ostrzem noża pod żebro za to że się gapisz. W głowie zaświtała mi myśl, że już nigdy z tąd nie wyjdę. Oparłem się ścianę wyłożoną jakąś tapetą wymazaną jakimś koślawym graffiti, przyświecała tu jedynie jedna mrugająca jarzeniówka, to chyba były jej ostatnie chwile, pachnioło strasznie moczem i stęchlizną. Obok mojej nogi przebiegł jakiś szur czy coś równie włochatego, a obok twarzy przemknął z niesamowitą prędkością prusak czy karaluch, gnał tak jakby go coś goniło. Starałem się uspokoić swój oddech, by opanować nastrój paniki zamknąłem oczy i wyobrażałem, a raczej starałem się sobie wyobrazić, że jestem na jakiejś słonecznej łące w środku lasu... Wtem spostrzegłem się, że jestem we własnym łóżku, a to wszystko to przecież był tylko zwykły sen. Uśmiechnąłem się sam do siebie, przełknąłem szybko dwa łyki herbaty, odetchnąłem głęboko i poszedłem spać dalej przykrywszy się ciepłą kołdrą, i znów było ciepło, miło i przyjaźnie.
|
|